Wojna z wrogiem

Toczę teraz wojnę. Na razie mam za sobą więcej przegranych, niż wygranych bitew. Ale nie dziwota, skoro moje wojsko to same popierduły. Ani to strzelać nie potrafią celnie, ani bronić się porządnie. Ja nie wiem czy to kwestia złego szkolenia, czy po prostu braku talentu.
Tak, czy siak nie zmienia to faktu, że jestem w czarnej dupie. Już tu kiedyś byłam, znam ten smród. Zalatuje rozczarowaniem, upokorzeniem, niskim poczuciem wartości i ogólnie bezsensem istnienia. Żeby lepiej zobrazować sobie ten smrodek, musisz przywołać z pamięci zapach zgniłego jaja, woń żółtych od potu, męskich skarpetek i pierdów, zalatujących śmietnikiem. Czujesz to?
To właśnie moja wojna biologiczna, którą sobie sama wytoczyłam. Tak, na własne życzenie ten smród.

Kiedy zaginie Ci bliska osoba, albo ktoś na nią napadnie, to na policji przewija się pytanie

Czy miała lub miał jakiś wrogów?
(nie wiem czy na serio się takie pytanie pojawia, ale na filmach się przewija, więc bardzo inteligentnie zaczerpnę wiedzę z pogłosek)

Ja mam wroga jednego, ale za to cholernie wytrwałego w swoim hejcie.
Tym wrogiem dla siebie, jestem ja sama. Nie dość, że go sama wykreowałam i stworzyłam na własne podobieństwo (normalnie niczym bóg), to jeszcze nauczyłam wszystkich mechanizmów, które teraz mój wróg stosuje, żeby ciągnąć mnie w dół, dowalać mi, albo w najlepszym przypadku trzymać w miejscu i tak straszyć, żeby odechciało mi się jakichkolwiek wyzwań.

Mogę powiedzieć, że w życiu świetnie wyszło mi, nie tylko stworzenie mojego wroga, ale pielęgnowanie go. Jak to w ogóle możliwe, skoro ja zapominam nawet kwiatki podlać, a moje dwa pierwsze i jedyne w życiu kaktusy – zdechły. Czemu mój wróg tak nie zdycha.

Podobno wróg oswojony, przestaje być groźny, to może zrobię pierwszy krok i dam mu imię. A może to ona – wrogini a nie wróg. A co tam, polecę najkrótszą, stereotypową drogą i nazwę ją Franca. Jakoś zołzowatość i wredność kojarzy mi się z kobietą. Czyżbym nie lubiła kobiet, bo nie lubię siebie? Freud byłby dumny z mojej pseudo psychoanalizy.
A tak nawiasem mówiąc, jak można twierdzić, że się lubi kobiety, albo się ich nie lubi. Ja niektóre lubię, a inne nieco mniej a poniektórych wcale. Tak samo mam z dziećmi, kotami, psami i aligatorami. Z tych ostatnich na przykład, czasem lepiej mieć torebkę niż przyjaciela.

A więc, kiedy już ta Franca robi mi we łbie pobojowisko zastanawiam się, co jest nie tak z tymi moimi żołnierzami? Skanuję szybko miejsce ostatniej potyczki i co widzę? Asertywność spierdoliła na drzewo i siedzi tam jak idiotka, co ona, widoki podziwia, czy co? Poczucie wartości wpadło do jakiejś głębokiej dziury i teraz jest jeszcze mniejsze niż było. Poczucie bezpieczeństwa zwiało do bunkra przeciwatomowego, zamknęło drzwi od środka i ani myśli wyjść, bo zbyt niebezpiecznie na zewnątrz. Jasne, że niebezpiecznie, a kto do cholery powiedział, że życie jest bezpieczne. Może nawet dobrze, że nikt mnie nie uprzedził, bo moja pewność siebie mogłaby tego nie udźwignąć.

Domyślam się już, co leży u podstaw moich bitewnych klęsk. Moi żołnierze nie walczą, bo nie mają siły. A nie mają siły, bo są głodni. Ja owszem szykowałam im jedzonko, ale jakimś cudem trafiło do żołnierzy Francy. Karmiłam nie tych, co trzeba. Karmiłam wroginię. Karmiłam ją za każdym razem, kiedy nie stanęłam w swojej obronie i pozwalałam poprawiać sobie humor innych, moim kosztem. Karmiłam ją, gdy ze strachu, wycofywałam się z jakichkolwiek działań i nie podejmowałam wyzwań, które docelowo miały poprawić moją sytuację. Karmiłam, gdy wątpiłam w siebie, a że jestem człowiekiem małej wiary, to wątpiłam i nadal wątpię bardzo często. Karmiłam nawet wtedy, gdy stawałam dumnie w roli ofiary, tak po prostu z wygody, żeby inni mogli mi współczuć i wspierać mnie.

Jeszcze nie wiem jak wygrać tę wojnę. Na razie testuję nową strategię. Nie powiem, przynosi małe rezultaty. Czy jest gwarancją zwycięstwa i pokonania Francy? Tego jeszcze nie wiem, bo cwana bestia z niej. Ale jeśli ona jest cwana, to ja przecież też, bo stworzyłam ją na własny obraz i podobieństwo. Czyli tak jakby, ona jest też mną. Nie ma co zwlekać trzeba …uciekać, chciałoby się napisać, ale małpą w kąpieli nie jestem, więc zamiast przed ukropem spieprzać, odetnę główne źródło wody, żeby mnie jeszcze bardziej nie zalało i zobaczę co będzie. Trzymaj kciuki.

 

 

Zobacz też: Stan chujowości

Showing 2 comments
  • Klaudia Ja Zwykła Matkaa
    Odpowiedz

    Trzymaj się. Jestem przekonana że wygrasz i wrócisz na dobry tor, złspiesz dobry wiatr. Pamiętam twoją akcję i czekam na następną. Jesteś wyjątkowa. U mnie trochę podobny klimat, nie dam się. I będę o Tobie myślała. Już parę razy przegoniłam france i teraz ucieknie w popłochu.

    • popaprana
      Odpowiedz

      Bardzo dziękuję za słowa wsparcia, każdy ma jakąs swoją francę, moja jest wytrwała i cholernie skuteczna w robieniu mi z mózgu sieczki.

Leave a Comment