Zdezorientowany język wyrwał się gwałtownie z paszczy jak Al Bundy z uścisku Peggy, chętnej na amory. Przyzwyczajony do błogiej słodkości poczuł się oszukany. Zamiast tego co zwykle, dostał dawkę goryczki, która rozlała się po całym podniebieniu i zaczęła rządzić jak u siebie. Podczas jej wizyty, nawet zęby czuły się nieswojo. Gdy zniknęła nadal wyczuwały jej obecność, bo zostawiła po sobie ślad niczym mgła, która o poranku zamienia się w rosę.

Znielubiana przez łakomczuchów, uwielbiana przez prozdrowotnych fanatyków, wyznawców ChodaLewandowska i klanu jestem fit, jestem trendy. Bardziej trafna nazwa to napar rozczarowania, a mowa o … zielonej herbacie.

Gdybym była masochistką piłabym ją nieustannie. Gdybym chciała należeć do klanu fit & trendy, piłabym ją dwa razy dziennie. Gdyby to zależało ode mnie mogłaby nie istnieć. Ale to tylko gdyby…

Fakty są takie, że napar rozczarowania zachwalają naukowcy, Japończycy, Chińczycy, babcie, ciocie, matki, żony, kochanki i wszyscy, którzy go piją. Odchudza, chroni przed rakiem, pobudza, ale i odpręża, pomoże Ci mieć skórę jak aksamit, witaminy tam gdzie trzeba i mniej smarków w nosie.

Eliksir cudowności działa na wszystko, ale … nie na mnie. Mój język i podniebienie się z nim nie polubiły. Nie poddałam się jednak od razu. Piłam herbatę zieloną z maliną, pigwą, pomarańczą, żurawiną i innymi cudakami. Dodawałam miodu dla zabicia goryczki, próbowałam liściastej i w torebkach. Próbowałam też samą siebie przekonać, że jest smaczna. Jak kawaler orderu uśmiechu, brałam łyk za łykiem i z dumą powstrzymywałam grymas na twarzy. Byłam bohaterką.

I co? I nic. Sympatii do zielonej herbaty, tak samo jak idealnego męża, na próżno wypatruję na horyzoncie.

Mogę się zmusić do picia naparu rozczarowania, ale po co? Czy zmuszasz się do jedzenia kożucha z mleka albo wywaru z siemienia lnianego, który ciagnie się jak gile z nosa? Aż mnie wykręca na samą myśl. Dla zdrowia i urody to mogę co najwyżej zjeść banana, ogolić nogi i zrobić kilka rundek po schodach po jeszcze jednego banana i  kawkę.

Za to pola zielonej herbaty to już inna kwestia. Zielony dywan działa na mnie jak mizianie pod kolanem – błooogo. Ale nie ma co się dziwić, bo jeśli zadam sobie pytanie – wolisz liście martwe czy żywe? Wybiorę … wiadomo, że nie martwe.

 

Może Cię zainteresować: Stan chujowości

Showing 4 comments
  • Goździk po mężu
    Odpowiedz

    Hmmmm to samo uczucie miałam dzis, gdy jadłam pyszniutkie placki ziemniaczane kochanej Violetki. Ale coś było nie tak.. olej ? Może mi dziwny smak został po czymś co jadłam jakiś czas temu ? Czułam jakby moje podniebienie całowało ziemie w Czarnobylu – metaliczny dziwny posmak. Po ostatnim placku, kochana Violka zapytała mi się czy smakuje mi ta stewia. No i wtedy do mnie dotarło .. zamiast cukru do placków, użyłam stewi. Zepsuła mi całkiem smak placuszków … było mi bardzo smutno.
    Zielona herbatę wypije sporadycznie ale nie raz natknęłam się na rodzaj takiej ze strasznie cierpkim posmakiem, ale stewi mówię NIE nawet nie wiem jaka by była mega fit – NIE.

    • popaprana
      Odpowiedz

      “Jakby podniebienie całowało ziemię w Czrnobylu” – świetne porównanie

  • Natalia
    Odpowiedz

    Mniam 🙂

  • Turkusowa
    Odpowiedz

    Mam bardzo podobnie. Zielona herbata mi zwyczajnie nie smakuje i bardzo rzadko ją pijam. Tak rzadko, że nawet nie pamiętam, kiedy piłam ostatnio. Za to uwielbiam czerwoną herbatę i oczywiście kawę i te pijam w dużych ilościach 🙂

Leave a Comment